Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 046 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
.

Zdjęcia w galeriach.


Wojna cywilizacji

środa, 30 grudnia 2009 21:13


 
Wszyscy przeceniliśmy globalizację i idącą tuż za nią westernizację świata. Wschód nie zaakceptował naszych wzorców i stylu życia. Dostosował je jedynie do własnych potrzeb, by teraz użyć ich przeciwko nam - krajom Zachodu. Wojna cywilizacji zbliża się więc nieuchronnie... Czy nastąpi ona w ciągu kolejnych 100 lat? Niewykluczone.

  White house

Tuż po upadku Związku Radzieckiego łudzono się, że demokracja raz na zawsze wygrała ze wschodnimi reżimami. Wszelkie nadzieje politologów związane z tryumfem liberalizmu nad autokracją spełzły jednak na niczym, gdy spostrzeżono, że komunistyczne Chiny znakomicie dostosowały się do światowej gospodarki wolnorynkowej. W tym samym czasie Stany Zjednoczone - najdoskonalsze jak dotąd „dziecko" starej „matki" Europy - zaczęły powoli zatracać status jedynego globalnego supermocarstwa na rzecz nowych, wyłaniających się potęg. Natomiast sam Stary Kontynent nie jest jeszcze na siłach, by odzyskać choć część z dawnej dominacji nad światem.


Wschód daje nam w kość

Mimo, że bipolarny obraz zimnej wojny jest już dawno za nami, dziś po raz kolejny jesteśmy świadkami rosnącego napięcia, tyle, że nie na dwóch, a na wielu biegunach. Ponownie wyłaniają się supermocarstwa chcące rywalizować ze sobą. Nie tworzą jednak bloków państw, a działają na własną rękę. Bez namysłu, tuż obok USA i Chin można wymienić nowe, wschodzące potęgi: Indie, Brazylię, Japonię, Rosję i kraje arabskie. Szczyptę dawnej świetności może też odzyskać Turcja, która będzie się jednak liczyła wyłącznie w swoim regionie.


Poczynając od Państwa Środka, w tym przypadku mamy do czynienia z niezwykłym przeobrażeniem podzielonego niegdyś między okupantów biednego, poddańczego kraju w silne militarnie i gospodarczo supermocarstwo. Dla przykładu, chińskie banki nie tylko wyprzedziły już swoją konkurencję z USA, Szwajcarii i Japonii, ale prowadzą też dynamiczną ekspansję na nowych rynkach. Pekin, dążąc do zdetronizowania dolara jako międzynarodowej waluty i wprowadzenia na to miejsce rodzimego juana, po raz pierwszy we wrześniu 2009 roku udostępnił do sprzedaży obligacje skarbowe w wysokości 6 miliardów juanów. Fakt, że państwo to jest największym eksporterem na świecie jest jedynie przypieczętowaniem powagi powyższych słów.


Polityka ChRL jest równie ambitna. Po indoktrynacji własnego społeczeństwa poprzez założenie na tamtejszy Internet „wielkiej zapory sieciowej", mającej ocenzurować treści nieprzychylne monopartyjnemu systemowi, komunistyczny aparat władzy zwiększył nakłady finansowe na armię. Oczywiście to wciąż za mało, biorąc pod uwagę, że Stany Zjednoczone, pomimo obecnego zadłużenia, rokrocznie wydają na sektor wojskowy nieporównywalnie większą kwotę. Wzrastająca siła Chin powoduje jednak zmianę w bilateralnych relacjach - Barack Obama jako jedyny prezydent USA od 1991 roku nie spotkał się z odwiedzającym Waszyngton Dalajlamą XIV. To znaczna zmiana w porównaniu z Bushem, który publicznie, z wielkimi honorami odznaczył tybetańskiego przywódcę Medalem Wolności.


Nie taki diabeł straszny...

Mimo, iż niekwestionowany autorytet w dziedzinie politologii Samuel Huntington zapowiedział nadchodzący „zmierzch potęgi Zachodu", nie powinniśmy zapominać o słabych stronach Chin. Dwie najpoważniejsze to nieodzowne transformacje: polityczna i gospodarcza, które mogą zająć nie tylko lata, ale i całe dekady. Wszyscy inni kandydaci na przyszłe potęgi również mają jeszcze sporo do zrobienia. I wbrew temu, że inny znany politolog Robert Kagan uważa Rosję na przyszłe supermocarstwo, wielki niedźwiedź musi wpierw uporać się z poważnymi problemami wewnętrznymi, by myśleć o poszerzaniu strefy wpływów. Przypadek Indii i krajów arabskich jest podobny - niewiele potrzeba do ich wykolejenia się z zawiłej drogi do osiągnięcia statusu potęgi.


Kolejne problemy Wschodu związane są z antagonizmem dwóch państw chińskich: oficjalnie uznawanej Chińskiej Republiki Ludowej oraz nie uznawanej, acz niepodległej Republiki Chińskiej (znanej pod nazwą Tajwan). Obie strony wysuwają roszczenia wobec swoich terytoriów i jakakolwiek zmiana na arenie międzynarodowej mogłaby wywołać wojnę domową. Scenariusz jest tym bardziej realistyczny, że władze ChRL są od dawna znienawidzonym wrogiem swoich dwóch autonomicznych prowincji: Tybetu oraz Sinkiang (ich łączne terytorium stanowi ponad 30% powierzchni kraju). Nieustanne zamieszki na tych terenach to utrapienie komunistycznego reżimu.


Trzeci z kolei wybitny politolog z USA George Friedman uznał, że Huntington i Kagan są w błędzie, bo państwa takie jak Chiny czy Indie nie zagrożą naszej cywilizacji. Era dominacji Stanów ma dopiero się zacząć i to przy pomocy... Polski! Kraj nad Wisłą, dzięki silnemu wsparciu USA i swoim szerokim wpływom w państwach ościennych, ma stać się największą europejską potęgą i to tu mają zapadać najważniejsze decyzje dla całego regionu. Równie wpływowa ma być Turcja. Sądząc jednak po ostatnich decyzjach zza Atlantyku wątpliwe jest, aby teoria Friedmana się spełniła. Dla niejednej osoby może się więc wydawać zbyt optymistyczna, by mogła być realna.


Dwa światy

Dywagacje politologów na temat XXI wieku są ze sobą sprzeczne, co jednak nie oznacza, że układ sił na arenie międzynarodowej pozostaje niezmienny. Powagę niekorzystnych przemian podkreśla fakt utworzenia klubu państw BRIC (Brazylii, Rosji, Indii i Chin) oraz ścisła współpraca tej czwórki. W obliczu podkopywania swojej pozycji, kraje Zachodu muszą podjąć się trzech istotnych zadań. Po pierwsze: Stany Zjednoczone powinny wesprzeć finansowo i politycznie Unię Europejską - jej strategicznego sojusznika. Druga ważna kwestia to jak najszybsze przyjęcie Turcji do grona WE. I trzecia - położenie realnego nacisku na przestrzeganie praw człowieka w krajach Wschodu, nawet kosztem tamtejszych autokracji. Zabiegi te nie tylko wzmocnią naszą cywilizację, ale zapewnią też lepszą przyszłość ludzkości na całym globie. Na co więc czekamy?

__________________________
POLISH ZONE, 12.2009, s. 10-11.
http://www.polishzone.co.uk/uploaded/PZ25.pdf


Podziel się
oceń
1
3

komentarze (53) | dodaj komentarz

Zaklęte serce Afryki

piątek, 30 października 2009 0:15


 
Tu do dziś istnieją potężne czary, potrafiące w mniemaniu tubylców spowodować poważną chorobę lub śmierć ofiary. Marabu, bo tak nazywają szamanów w Kamerunie, cieszą się nie tylko całkowitą nietykalnością, ale i niepodważalnym autorytetem. Praktyki rodem ze średniowiecza, w Afryce są wciąż bardzo popularne.

  Kamerun, blog dziennikarski

Miniaturka Kamerunu

            Pierwotne ludy zamieszkujące samo centrum Afryki wykształciły mozaikę wierzeń opartych na szamanizmie. Jak mówi siostra Tadeusza, polska misjonarka Zgromadzenia Sióstr św. Dominika w Kamerunie, „żyją tu między innymi niscy ludzie lasów - Pigmeje, wędrujący ze stadami bydła Bororo, równikowe ludy Bantu czy też liczni Kirdi i Fulani". Każda z grup ma swoje, odrębne zwyczaje i wierzenia, ściśle połączone z siłami natury.


        Strefa równikowa, w której znajduje się kraj, powoduje, że „słońce wstaje tu o godzinie 6:00 i zachodzi o 18:00 w ciągu kilku minut. Nie ma wschodów i zachodów słońca, jakie zwykliśmy obserwować". Ten wyraźny podział dnia i nocy ma również swoje odzwierciedlenie w tutejszych religiach i obrzędach - z jednej strony istnieją uroki i czarna magia, z drugiej zaś powszechne zielarstwo i „białe" czary. Mimo faktu, że chrześcijaństwo oficjalnie wyznaje tu aż 40%, a islam 20% społeczeństwa, lwia część z nich w rzeczywistości nadal wierzy w religie przodków.

 

Polowanie na czarownice i czarowników


            - Magia przenika w Kamerunie wszystkie, nawet najdrobniejsze elementy życia, co dla „ludzi Zachodu" jest zupełnie niezrozumiałe - mówi Tadeusza. Szamani są obecni w większości wiosek i w niemal każdym mieście. Ludzie często zapraszają do siebie marabu, głównie w celu wykrycia sprawcy ich nieszczęścia. - Społeczeństwo wierzy tu, że za chorobą, śmiercią lub piorunem zawsze ktoś stoi. Nic nie dzieje się bez przyczyny, więc wystarczy jedynie znaleźć sprawcę swojego nieszczęścia - twierdzi siostra zakonna i dodaje: „bardzo często szuka się tu winnego uderzenia pioruna - otóż Kameruńczycy są przekonani, że rzucenie błyskawicą w dom znienawidzonego sąsiada jest jak najbardziej możliwe".


        Całe „śledztwo" zaczyna się, gdy szaman odwiedza pokrzywdzoną rodzinę. Po zaznajomieniu się z problemem wymawia magiczne słowa i zakrapla oczy dziewicy z wioski tajemnym płynem. Ta ostatnia, całkowicie oślepiona przez kolejne kilka godzin, wychodzi na ulicę i szuka winnego tak długo, aż nie wskaże palcem konkretnej osoby. Wówczas już wiadomo, kto złorzeczył danej rodzinie i rzucił piorun lub urok. Jak przyznaje ze smutkiem siostra Tadeusza: „w tego typu obrzędach biorą udział nawet szanowani przedstawiciele rady parafialnej. W żaden sposób nie można im wytłumaczyć, że to wszystko nie tak... Ile pokoleń musi minąć, by wyzbyć się tych prymitywnych wierzeń?".

 

Walka z siostrami


            - Cały ostatni rok żyłam od jednej rozprawy sądowej do drugiej - mówi siostra zakonna i wyjaśnia: „nasz kucharz Mathieu został posądzony o rzucenie uroku na swojego współpracownika Elie". Ponieważ w kameruńskich sądach skazuje się wiele osób za uprawianie czarnej magii, sprawa była bardzo poważna. Jak mówi Tadeusza: „Mathieu pracuje u nas już 27 lat i to bardzo dobry człowiek. Sam poprosił mnie bym zatrudniła Elie'go. Dopiero gdy ten ostatni zachorował na AIDS, sprawa trafiła przed oblicze prawa". Gdy powód zmarł, rodzina nie przerwała procesu. Sędzia, mimo tłumaczenia, że wirus HIV jest nabywany przez nieostrożność w pożyciu seksualnym, nie był przekonany co do argumentacji. Swoje uniewinnienie Mathieu zawdzięcza temu, że organy wymiaru sprawiedliwości nie chciały wchodzić w konflikt z zakonnicami i ich Bogiem...


            Kilka lat wcześniej Angeline - pracownica zatrudniona w Garoua Boulai również zachorowała na AIDS. Siostry wiedziały o jej dolegliwości, a mimo to nadal zatrudniały ją w kuchni. Aby sprawić chorej przyjemność, kupiły jej lodówkę (należącą w Kamerunie do urządzeń ekskluzywnych). Kiedy rodzina Angeline zaprosiła do siebie marabu, by odnaleźć winowajcę choroby, ten wpierw obejrzał „ofiarę uroku". Jak wspomina siostra Tadeusza: „Angeline cierpiała również na hemoroidy. Gdy szaman spostrzegł na jej pośladkach żylaki, uznał, że to wina zaczarowanej lodówki od sióstr". Siostra zakonna, słysząc oskarżenia o rzucenie klątwy, zabrała chłodziarkę do swojego domu.

 

Zielarstwo i biała magia


            - Najczęstsze w Kamerunie choroby to malaria, tyfus, AIDS (i niejednokrotnie połączona z nim gruźlica) oraz wszelkie odmiany robaczyc, które są wynikiem picia brudnej wody - mówi siostra i dodaje: „poza szpitalami państwowymi istnieją też te wyznaniowe, jak na przykład nasz, katolicki". Ponieważ lecznic wciąż brakuje, bardzo popularni są znachorzy i zielarze. Leczenie u nich polega na połączeniu uzdrowicielskich wywarów z elementami białej magii. Chorzy odwiedzają też marabu by ci, za pomocą swoich czarów, przywrócili im zdrowie. Najlepszych szamanów spotyka się na wsiach, więc wielu ludzi z miasta wyjeżdża na peryferia po „uzdrawiającą terapię".

farm4.static.flickr.com/3046/2291077450_20997e05be.jpg?v=0
        - Marabu są nietykalni. Społeczeństwo uważa, że oni mogą dać, ale i odebrać zdrowie. Znaczna większość boi się ich uroków i woli nie wchodzić im w drogę - twierdzi Tadeusza. Paradoksalnie, dzięki swojej uprzywilejowanej pozycji, wszelkie procesy o czary omijają szerokim łukiem ich klasę. A to przecież głównie szamani trudnią się magią! Jak twierdzi siostra zakonna: „nikt nie chce konfliktu z potrafiącym rzucić śmiertelną klątwę szamanem. Lepiej podać do sądu innego wieśniaka, niż walczyć z tak potężnym przeciwnikiem".


        Marabu - tajemniczy i niezrozumiani przez nas ludzie, chcąc nie chcąc, są stałym elementem kultury środkowej Afryki. Mimo, że bogate kraje Zachodu oferują nowe technologie, własny styl życia oraz kult pracy i edukacji, dla Kameruńczyków nie są one tak bardzo atrakcyjne. Ciężko to zrozumieć. Ciężko pojąć popularność prymitywnych form zielarstwa i szamanizmu. I wbrew temu, że ingerencja w inną kulturę może być postrzegana jako nieetyczna, wydaje się, że podniesienie poziomu wykształcenia i opieki medycznej jest w Kamerunie nieodzowne.

___________________________
"POLISH ZONE", Wydanie 24, Listopad 2009, s.20-21.
http://www.polishzone.co.uk/uploaded/PZ24.pdf


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Stosunki polsko-rosyjskie wg Jacka Saryusz-Wolskiego

piątek, 16 października 2009 9:13

Mój wywiad z dr Jackiem Saryusz-Wolskim. Zapraszam do oglądania:



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

POLSKĘ ZALEJE OCEAN!

piątek, 04 września 2009 8:21


  Pesymiści są zdania, że wody oceanu zatopią Polskę w przeciągu najbliższych 50 lat. Optymiści pocieszają, że może to nastąpić dopiero za 100 lat. Tak, czy inaczej, przeprowadzka do innych krajów będzie konieczna. Brzmi jak scenariusz filmu science-fiction? Niestety, tym razem dzieje się to naprawdę.

 Poland, Polska, Kiribati, blog dziennikarski, www.rogalinski.com.pl

Co z tą Polską?


            Oczywiście mowa nie o naszym kraju, ale o miejscowości Poland na Wyspie Bożego Narodzenia, należącej do mikronezyjskiej Republiki Kiribati. Ten składający się z 33 skrawków lądu kraj rozsiany jest na obszarze niemal 3800 kilometrów. Wspomniana wcześniej wyspa to największy atol na świecie. Niestety jego nazwa nie jest zbyt oryginalna, gdyż tym samym terminem określa się zupełnie inne miejsce, niedaleko Australii. Tamtejsze osady zwą się równie niewyszukanie, np. Londyn, Paryż czy wymieniona już Polska (ang. London, Paris, Poland). Ciekawostką może być fakt, iż język używany na wyspach to połączenie angielskiego z tamtejszym kiribati. Jeśli dodamy do tego elementy słownictwa z Japonii i kilku europejskich państw, otrzymamy zdumiewające połączenie.


            Problemem państwa oddalonego prawdziwej Polski o blisko 20 tysięcy kilometrów są skutki globalnego ocieplenia klimatu. To prawdziwy koszmar dla mieszkańców wysp koralowych, które położone są niezwykle nisko nad poziomem Oceanu Spokojnego. Z apelem o ratunek dla tonącego kraju przyjechała na szczyt klimatyczny do Poznania pani Tererei Abete-Reema, minister środowiska mikronezyjskiej Republiki Kiribati.


Szczypta historii


            Już w 1777 roku słynny angielski żeglarz James Cook dobił do Wyspy Bożego Narodzenia. Miejsce zawdzięcza tę nazwę od dnia jego przybycia - 24 grudnia. W wyprawie brało udział dwóch Polaków z Gdańska - Jerzy i Jan Foresterowie. Ponieważ wyspa była zupełnie dzika i bezludna, nie przykuła większej uwagi przybyszy. Dopiero w 1902 roku atol został skolonizowany. Aby produkować koprę - wysuszony miąższ orzechów palmowych, postanowiono zasadzić tam 70 tysięcy drzew. Gdy większość z nich uschła z powodu przesolenia gleby, ponowiono tę czynność, tym razem przy użyciu blisko pół miliona sadzonek. I udało się! Przyjęła się ponad połowa. Pozwoliło to na rozpoczęcie handlu.


            Na początku XX wieku jeden ze starszych mechaników pracujących na statku towarowym, Stanisław Pełczyński, założył niedaleko portu nową osadę i plantację palm. Co więcej, nauczył pracujących tam tubylców efektywnego nawadniania drzew. W podzięce osiedle nazwano Poland, pobliską zatokę Stanislas Bay a katolicki kościół w centrum nowopowstałego „miasta" - pod wezwaniem świętego Stanisława. W niedługim czasie Polska stała się największą osadą na wyspie.


Wojenna pożoga


            Okres II Wojny Światowej i lata po niej następujące mocno nadszarpnęły spokojne, wyspiarskie życie tamtejszych mieszkańców. Do roku 1943 trwały tu zaciekłe walki między Japonią i aliantami. Następnie, w latach 1956-58 Wielka Brytania detonowała tu swoje nuklearne bomby wodorowe, co wywołało setki przypadków chorób nowotworowych u tubylców i stacjonujących w okolicy żołnierzy. Jakby tego było mało, po 9 angielskich bombach przyszedł czas na te amerykańskie. USA przeprowadziło aż 24 próby nuklearne, co niemalże całkowicie zniszczyło tamtejszą florę. Zginęły miliony ptaków, z czego duża część spłonęła żywcem w swoich gniazdach.

 

strona Wojciecha Dąbrowskiego, http://www.kontynenty.net/Christmas3.htm
            Polska, której ludność wcześniej ewakuowano, została zmieciona z powierzchni ziemi. Po latach, dużym nakładem pracy odbudowano ją, ale utraciła status największego „miasta" na rzecz Londynu. Podczas gdy całą wyspę zamieszkuje 5115 mieszkańców, w Polsce żyje już tylko 235 osób. Jak opisuje to miejsce polski podróżnik Wojciech Dąbrowski: „Elektryczne żarówki zawieszone pod strzechami świecą tylko przez kilka godzin dziennie - gdy działa agregat. Dla tych ludzi London - główne osiedle po drugiej stronie laguny, to wielki świat".


Raj utracony?

 


            Dyskusja o ociepleniu klimatu nigdy nie jest łatwa. Z jednej strony trzeba wykluczyć działania krępujące rozwój światowej gospodarki, z drugiej zaś nie można dopuścić do zatapiania kolejnych wysp. Polska na Pacyfiku, położona niecałe 2 metry nad poziomem morza, już niedługo może zniknąć z naszych map. Rok w rok poziom oceanów podnosi się o 4 milimetry. Pani minister Tererei Abete-Reema zaprosiła wszystkich Polaków do odwiedzania ginących, rajskich wysp, bo już niedługo może być za późno na podróż „from Poland to Poland".

 


            Dokładnie 10 lat temu Republika Kiribati straciła w odmętach oceanu dwie ze swoich wysp koralowych. Wydarzenie to spowodowało paniczne zabieganie na forum międzynarodowym o wzmożenie walki z ociepleniem klimatu. A jest o co się starać - jak opisuje swoje wrażenia wspomniany wcześniej Wojciech Dąbrowski: „Szybko zorientowałem się, że Poland to miejsce najbardziej odległe od cywilizacji. Ludzie żyją tu w ciszy i spokoju - bez tych wszystkich stresów, które niesie współczesna kultura". Jednym słowem raj, którego wkrótce może na Ziemi zabraknąć. A wówczas tego typu widoki będziemy oglądać już tylko w telewizji...


____________________________
"POLISH ZONE" Wrzesień 2009, s. 34
http://www.polishzone.co.uk/uploaded/PZ22.pdf


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

UNIJNE OBRADY O UBÓSTWIE: Czy syty głodnego zrozumie?

wtorek, 25 sierpnia 2009 14:06


 
„Gdzie mieszkamy. Czego potrzebujemy" - to główne hasło ósmego już, corocznego  Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, BrukselaEuropejskiego Spotkania ds. Ludzi Doświadczających Biedy. Na zaproszenie prezydencji czeskiej do Brukseli zjechali goście z całej Europy: politycy, członkowie organizacji charytatywnych, delegacje osób ubogich oraz dziennikarze. Będąc przedstawicielem mediów z Wielkiej Brytanii, miałem niezwykle trudne zadanie obiektywnej oceny całej imprezy.

 

          Obrady, trwające kilka dni, odbywały się w Pałacu Egmont. Przybyłe delegacje osób wykluczonych społecznie raz po raz przedstawiały kolejne problemy najbiedniejszych i możliwości ich rozwiązania. Wielu z nich opowiadało historie swojego życia. Nie brakowało rodziców ciężko chorych, wymagających rehabilitacji dzieci. Niskie zarobki uniemożliwiały kupno drogich leków dla ich pociech. Na twarzach przedstawicieli ubóstwa widać było zmęczenie trudami życia. Kiedy mówili, ich ręce niejednokrotnie drżały ze stresu, a oczy pełne były łez. Jako obserwator, byłem wstrząśnięty. Problemami, przeżyciami, ironią losu. Takie doświadczenie zapada w pamięć do końca życia.

          Polska delegacja złożona była z pani koordynator wyjazdu i pięciu przedstawicieli ubóstwa. Ich kłopoty opierały się w głównej mierze na problemach finansowych. Historia jednego z mężczyzn z naszego kraju była szokująca. Za długi wynoszące 400 złotych, trafił do aresztu. Policjanci, zamiast zapukać w drzwi i poinformować o karze, powybijali w środku nocy wszystkie okna w mieszkaniu i wskakując przez nie, skuli go w kajdanki. Podobny los czeka jego koleżankę z delegacji, która co miesiąc otrzymuje listy od firm windykacyjnych i policji. Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela

          Wypowiedzi w sali nabierały coraz to bardziej emocjonalnego nastawienia. Atmosfera tam panująca przepełniona była jednocześnie rozpaczą i nadzieją. Przedstawiciel Niemiec, drżącym głosem postulował: „Od ośmiu lat spotykamy się w Brukseli. Ciągle obradujemy, wymieniamy się wnioskami i nie widzimy żadnych efektów tych spotkań. W przyszłym roku znów zjadą się delegacje i ponownie nikt nie podejmie żadnych kroków w celu poprawy sytuacji biednych. To musi się zmienić". Po tych słowach wszyscy powstali a sala rozbrzmiała hukiem gromkich oklasków. Jedynie politycy prowadzący obrady zachowali dyplomatyczny dystans.

          Napiętą sytuację próbował załagodzić Martin Žárský, przedstawiciel czeskiego Ministerstwa Spraw Społecznych. Nawiązał on do mojej wypowiedzi z zeszłego dnia, iż na posiedzeniach powinni być obecni także politycy krajowi i regionalni, bo to oni mogą najszybciej wprowadzić przedstawiane pomysły w życie. Vladimír Špidla, były premier Czech oraz komisarz Unii Europejskiej ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych i Równości Szans dodał, że: „rezultaty nowych aktów prawnych nie są widoczne na pierwszy rzut oka, w związku z czym nie ma możliwości od razu zauważyć te postępy. Aby praca zaowocowała w odczuwalne skutki, potrzeba nam wielu, wielu lat".

          Ataki słowne i rozżalenie ludzi ubogich były spowodowane z jednej strony poczuciem olbrzymiej odpowiedzialności za skutki obrad, z drugiej zaś kolosalną różnicą warunków bytowych, w jakich się znaleźli. Bankiety i lunche w niezwykle bogatych salach pałacu Egmont oraz drogie hotele w centrum Brukseli (gdzie dobowy pobyt jednej osoby wynosił blisko 250 euro), były niczym wycieczka wygrana na loterii. Myśl, że za kilka dni wrócą do swoich krajów i znów będą głodować, stała się istnym koszmarem. Zapewnienia polityków, że Komisja Europejska robi wszystko, by zapobiec ubóstwu, nie były w stanie uspokoić zgromadzenia pełnego żalu, frustracji i... olbrzymiej nadziei na zmianę.

 Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela          Rozmawiając z wieloma osobami, często słyszałem zarzuty pod adresem Komisji: „Unia rozrzuca pieniądze na lewo i prawo, zamiast podjąć konkretne działania zwalczające biedę". Inne opinie dotyczyły celowości spotkania. - Przecież na ten zjazd musieli wydać fortunę! - komentowała jedna z dziennikarek. Czy jednak fala krytyki była sprawiedliwa?

          Komisja Europejska, jako jedyny organ posiadający inicjatywę ustawodawczą, opracowuje wnioski nowych aktów prawa unijnego, przedkładanych następnie Radzie i Parlamentowi. To od niej zależy kształt przyszłych ustaw, dlatego przed podjęciem jakichkolwiek kroków, musi zdobyć rozeznanie w wielu trudnych sytuacjach. Aby tworzone prawo nie było oderwane od rzeczywistości, Komisja zawsze spotyka się i rozmawia z różnymi grupami interesu oraz zasięga porady Komitetu Regionów a także Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego.

          Jak widać, spotkanie było niezbędne. Pozwalało bowiem na wysłuchanie tych, którzy są najbliżej biedy. To oni wiedzą najlepiej czego im potrzeba i jak poradzić sobie z dręczącymi ich problemami. Przepych również nie powinien być elementem krytyki, ponieważ nie ma innego, lepszego wyjścia. Chyba nikt nie wyobraża sobie zapewnienia biednym tanich pensjonatów i najniższej klasy jedzenia, gdyż byłoby to jawną dyskryminacją i nietaktem - w końcu politycy na co dzień jedzą inaczej. Pomimo licznych kontrowersji, jakie powstały wokół spotkania, całą inicjatywę walki z ubóstwem należy ocenić pozytywnie. Jak powiedziała Anna Osińska, krajowy koordynator EAPN na Spotkania w Brukseli oraz członek zarządu ATD w Warszawie: „Moje wrażenia są dosyć mieszane, ale mimo to wierzę, że obrady mogą wiele zmienić dla jednego człowieka: przede wszystkim dodać mu energii i zaszczepić pozytywną myśl".

 Paweł Rogaliński, Komisja Europejska, Bruksela
___________________________
MAGAZYN POLONIA, 07-08.2009, str. 9.
http://www.magazynpolonia.com/getfile?archive/MP_07-08_2009.pdf


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  247 614  

Jestem dziennikarzem czasopism krajowych i polonijnych. Napisane teksty umieszczam na blogu. Poruszam tematy dotyczące głównie polityki, gospodarki, emigracji i języków obcych. Tworzenie bloga traktuję jako rozrywkę i przyjemność, zaś pisanie artykułów to moja pasja.
____________________
WESPRZYJ MÓJ BLOG!


Jeśli podoba Ci się mój blog - wesprzyj go! Wklej link www.rogalinski.com.pl na swoją stronę lub znane Ci forum!
Z góry bardzo dziękuję.

Paweł Rogaliński

PRZEMOWY WYGŁOSZONE NA KONFERENCJACH NAUKOWYCH:

***14.04.2007 Uniwersytet Łódzki, "Polskie przekłady literatury anglojęzycznej". Prezentacja pracy pt. "Harry Potter's Translation - Has Andrzej Polkowski Managed to Put It Into Polish Successfully"?

***19.04.2008 Uniwersytet Łódzki, "Zniekształcenie rzeczywistości w przekładzie". Prezentacja pracy pt. "Ogniem i mieczem Henryka Sienkiewicza w tłumaczeniu Jeremiaha Curtina jako przykład braku zrozumienia historii Polski przez obcokrajowca oraz trudności z odzwierciedleniem kolorytu językowego w przekładzie na język angielski".

***06.06.2009 Wyższa Szkoła Studiów Międzynarodowych w Łodzi, "Intercultural Communication in the European Context". Prezentacja pracy pt. "Socio-political Aspects of Minorities’ Life in the Baltic States as an Example of Multicultural Clash between Neighbouring Nations and Difficulties in the Institutionalisation of the Three Political Systems".

Statystyki

Odwiedziny: 247614
Bloog istnieje od: 3833 dni

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Jestem dziennikarzem, publicystą oraz blogerem. W swoich artykułach opisuję życie Polonii rozsianej po całym świecie oraz bronię praw osób dyskryminowanych i najuboższych. Wraz z kolejnymi publikacjam...

więcej...

Jestem dziennikarzem, publicystą oraz blogerem. W swoich artykułach opisuję życie Polonii rozsianej po całym świecie oraz bronię praw osób dyskryminowanych i najuboższych. Wraz z kolejnymi publikacjami poruszającymi ważne kwestie społeczne, zostałem nagrodzony m.in. przez Komisję Europejską, Polską Fundację im. Roberta Schumana, grupę wydawniczą Polskapresse i Fundację im. Heinza Schwarzkopfa. Zdobyłem również tytuły: Bloger 2008 roku w kategorii „Życie”, Najlepszy Blog 2010 i Dziennikarz Obywatelski 2009 roku. W lutym 2011 roku zostałem nominowany przez Parlament Europejski do tytułu Młodego Europejczyka Roku. Współpracuję też z Komisją Europejską i jako przedstawiciel polskiej prasy uczestniczę w szczytach poświęconych sprawom społecznym. Moim celem jest pisanie o życiu i problemach szarych obywateli. Serdecznie zapraszam na mój NOWY BLOG WWW.ROGALINSKI.COM.PL, gdzie znajdą Państwo wiele artykułów i interesujących informacji.

schowaj...

Lubię to